Archive for the ‘Recenzje’ Category

Szczęśliwy jak Duńczyk Malene Rydahl – recenzja

wtorek, Kwiecień 11th, 2017

Ostatnio na rynku wydawniczym pojawiło się wiele pozycji traktującym o hygge? A co to właściwie jest? Zgodnie z recenzowaną już przeze mnie Nordicaną hygge to „miłe spędzanie czasu w towarzystwie bliskich osób (…) sztuka tworzenia przytulnego ogniska domowego, braterstwa, wspólnoty, prostoty i bezpieczeństwa (…) to też słowo określające filozofię życia, która czyni Duńczyków najszczęśliwszym narodem na świecie.” Tak, bo to właśnie Dania przewodzi w wielu rankingach szczęśliwości od wielu lat. Można by pomyśleć: jak to możliwe? Dania to przecież kraj położony na dalekiej Północy, z bardzo krótkimi dniami przez niemal pół roku, z bardzo chimeryczną pogodą, gdzie spożycie alkoholu jest niemal tak duże jak w Europie Wschodniej, a podatki należą do najwyższych na świecie. Dlaczego tak się więc dzieje, co czyni Duńczyków tak szczęśliwymi ludźmi? Odpowiada na te pytania Malene Rydahl w swojej książce Szczęśliwy jak Duńczyk. Dziesięć powodów, dla których Duńczycy są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. 

 

 

Według Malene Duńczycy noszą w sobie szczęście, dzięki 10 prostym zasadom, które wpajane są im już od kołyski. Od początku jako najważniejsze przedstawiane im jest poczucie wspólnoty. To co robię, jak to robię, jest ważne dla dobra całego społeczeństwa. Ważna jest każda osoba. Rzeczy materialne nie są najważniejsze, ważny jest wybór drogi życiowej, która daje satysfakcję. Szkoły traktują wszystkich uczniów jednakowo, nie skupiają się na tych najzdolniejszych. Równość szans sprawia, że Dania to kraj o jednej z największych mobilności społecznej. Każdy może zostać tym, kim chce.

Spodobała mi się przytoczona przed Malene sytuacja jaka miała miejsce po wybraniu Nomy na najlepszą restaurację świata, która w pełni pokazuje ducha Duńczyków. Współwłaściciel i szef kuchni René Redzepi postanowił zabrać na uroczystość wręczenia nagrody do Londynu wszystkich pracowników, łącznie z pomywaczem z Gambii. Ten do ostatniej chwili nie wiedział, że potrzebna jest mu wiza, nie pojechał zatem. Jednak w końcu, za którymś razem, gdy restauracja po raz któryś z rzędu zajęła pierwsze miejsce, pojechał i przemawiał na uroczystości. To pokazuje, że w duńskim społeczeństwie wszyscy są równie ważni i szanują się bardzo nawzajem. Dla mnie kwintesencją myśli wyrażanych przez autorkę są dwa zdania „W Danii niemal każdy mieszkaniec spełnia swój obywatelski obowiązek. Szczęście tylko wtedy ma sens, gdy jest współdzielone przez innych”.

Mieszkańców Danii cechuje także duża praktyczność. Najpopularniejszym prezentem na Gwiazdkę jest tam bielizna. Najlepsze są te prezenty, które będą rzeczywiście przydatne w codziennym życiu. Zatem takie kulinarne gadżety, jak obieraczka do czosnku czy wyciskarka do czosnku będą jak najbardziej w cenie. Duńczycy mają bardzo realistyczne oczekiwania, nie marzą o rzeczach nie możliwych. I często przyjmują życie takim, jakie jest.

Nie ukrywam, że jako blogerka kulinarna szukałam w książce właśnie takich kulinarnych smaczków, myślałam, że będzie trochę więcej o jedzeniu. Ale Malene nie skupia się na hygge, czyli małym codziennych przyjemnościach. Owszem jeden rozdział poświęcony jest równowadze między życiem zawodowym a prywatnym, o tym, jak ważny jest czas spędzony z rodziną, niemniej jednak hygge jest tylko jednym ze składników duńskiego szczęścia. Udało mi się jednak wyłuskać, że pojęcia hygge „używa się w różnych kontekstach, ale niezależnie od sytuacji społecznej, której dotyczy, zazwyczaj wiąże się ono z jedzeniem i piciem”. Prowadząc już od kilku lat akcje kulinarne Kuchnia skandynawska oraz Skandynawskie lato, wiem, że Duńczycy uwielbiają słodkości i przeróżne przekąski, a duńska kanapka na ciemnym żytnim chlebie potrafi być prawdziwym majstersztykiem. Bo to co najprostsze, kojarzące się z domem, zazwyczaj bywa najlepsze.

Jeśli chcecie wiedzieć, jak to się dzieje, że Duńczycy zostawiają swoje stragany bez dozoru i co to jest np. duńskie flexicurity koniecznie zajrzyjcie do tej książki. Mnie wiele spodobało się w opisywanym przez Malene duńskim modelu społeczeństwa. U nas wiele z tych rzeczy zwyczajnie by się nie sprawdziło. Główna przyczyna tkwi w zamożności społeczeństwa, dla Duńczyków bogactwo nie stanowi priorytetu. My jesteśmy nadal narodem „na dorobku”, wciąż poszukujemy swojego szczęścia. Naszą cechą jest indywidualizm, lubimy się wyróżniać na tle innych, choćby właśnie materialnie. Może i jest to uogólnienie, ale takie są moje spostrzeżenia. Od Duńczyków naprawdę moglibyśmy się wiele nauczyć. Wystarczy tylko chcieć. Ja na pewno spróbuję zastosować wiele z tego, co przeczytałam w książce we własnym życiu. Nie wystarczy zrozumieć sens duńskiego hygge, na ten duński model szczęśliwości trzeba spojrzeć bardziej kompleksowo. Może ten zbliżający się świąteczny czas będzie znakomitą okazją, aby przewartościować swoje życie i poszukać swojej drogi do szczęście z pomocą Malene?

Dla mnie pozycja ta jest niezwykle cenna. Autentyczności dodaje jej wiele osobistych doświadczeń i wspomnień przytaczanych przez autorkę. Nie są to tylko suche fakty. Malene Rydahl pracowała wiele lat w korporacjach, mieszkała długi czas we Francji, więc potrafi ocenić swój naród z innej perspektywy. Obecnie zajmuje się pisaniem i jeździ ze swoimi wykładami po całym świecie. Zachęcam Was nie tylko do przeczytania książki, ale także do wysłuchania TED talks z jej udziałem.

 

Autor: Malene Rydahl
Tytuł oryginalny: Heureux comme un Danois (Happy as a Dane)
Wydawca: WAB
ISBN: 978-83-280-4346-6
Liczba stron: 224
Wymiary: 13,5 x 20,2 cm
Tłumaczenie: Jacek Konieczny

 

Juiceman – recenzja książki Andrew Coopera

poniedziałek, Kwiecień 3rd, 2017

Kochani! Dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję drugiej nowości Wydawnictwa Buchmann. Kuchnia polska, którą niedawno recenzowałam, to w przeważającej części zbiór tradycyjnych polskich przepisów. Natomiast Juiceman, to zdecydowanie powiew świeżości i nowoczesności. Książka zawiera ponad 100 przepisów dla sokomaniaków. Nie tylko soki i koktajle, ale także inne napoje oraz lekkie i zdrowe potrawy. Czy warto ją mieć u siebie w kuchennej biblioteczce? Uważam, że tak i zaraz postaram Wam się przybliżyć dlaczego.

 

 

Autorem książki jest Andrew Cooper – brytyjski model i aktor pochodzący z rodziny o tradycjach kulinarnych. Jego dziadkowie byli odpowiednio piekarzem i rzeźnikiem, mama gotowała wspaniałe domowe posiłki. Pierwszą sokowirówkę kupił, gdy miał 19 lat. Po narodzinach pierwszego dziecka zakupił gospodarstwo rolne z sadem i tam zaczął już znacznie częściej przygotowywać soki. Nawet jak wrócił z rodziną do Londynu musiał mieć na swojej działce ogródek warzywny. Wymyślane przez niego soki szybko zyskały popularność wśród sąsiadów. Soki i koktajle przygotowywane ze świeżych produktów prosto z grządki zyskiwały coraz większą popularność, więc założył firmę produkującą soki tłoczone na zimno. I tak właśnie powstał Juiceman.

We wstępie Andrew prezentuje tabelę z roślinami używanymi do napojów wraz z ich najważniejszymi właściwościami. Dowiedziałam się dzięki niej, że jarmuż wpływa dobrze na kości i sprawność umysłową, grapefruity pomagają na przeziębienie, a seler niweluje napięcie. Oprócz świeżych warzyw i owców do koktajli prezentowanych w książce dodawane są różne zioła, przyprawy, orzechy, ziarna, nasiona i pestki, owoce suszone, tłuszcze i octy. Na liście są też takie produkty, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Nie wiem czy wszystkie są dostępne w Polsce? Ale myślę, że w dobie globalnych sieci sklepów, wszystko można już kupić przez Internet. Zatem dla chcącego zakup takich rzeczy jak Lucuma, maca peruwiańska, grzyby chaga czy pierzga nie nastręczą wiele trudności. Jednak jeśli chodzi o mnie, to ja pozostanę przy składnikach, jakie są dostępne w mojej okolicy w zwykłym sklepie czy hipermarkecie. Te egzotyczne składniki znajdują się w większości w napojach regeneracyjnych lub dla osób aktywnie uprawiających sport. Ale w Juicemanie każdy znajdzie coś dla siebie. Autor radzi, aby zacząć swoją przygodę z sokami wypróbowując te proste z małą ilością składników, idealny będzie np. taki z marchwi i pomarańczy. Zielone soki poleca bardziej hardcorowym smakoszom. Niemniej jednak ja zdecydowała się na taki, wybrałam „Alkalicznego czarodzieja”. Jednak przygotowałam go jako koktajl, bo nie mam dobrej wyciskarki, a moja sokowirówka nie nadaje się do do wyciskania soków z warzyw liściastych. Niemniej jednak smak był naprawdę świetny. A właśnie – podstawowa różnica między sokiem a koktajlem, to ilość błonnika, ale pewnie to wiecie. Ten koktajl był naprawdę gęsty, właściwie spokojnie zastąpił mi cały posiłek.

 

 

Tak jak część napojów to zdecydowanie nie moja para kaloszy, to znaczna część bardzo mi się spodobała. Wiele na pewno przyciąga uwagę już swoją nazwą. Znajdziecie wśród nich między innymi „Różowego uzdrowiciela”, „Obcisłe dżinsy” czy „Supermamę”. Jako blogerkę kulinarną, która napojom poświęca dość mało czasu, zainteresowały mnie przepisy na potrawy. Najbardziej zainteresowały mnie arbuzowe gazpacho, chłodnik z awokado i marchwią czy sałatka z jarmużem. Jednak strzałem w dziesiątkę jest rozdział „Nic się nie zmarnuje”, gdzie dowiemy się co zrobić z owocową i warzywną pulpą, która pozostanie po wyciśnięciu soku. Moi czytelnicy wiedzą, że cenię oszczędność w kuchni, więc naprawdę jestem pod wrażeniem pomysłów Andrew w tym zakresie. Na 100% przygotuję kiedyś krakersy z pulpą po soku, a może także peeling do ciała po przygotowaniu mleka z migdałów czy orzechów! Świetna sprawa!

Jeszcze jednym aspektem, który bardzo mi się spodobał jest podejście Andrew do zagadnienia zdrowego żywienia dzieci. Dowiedziałam się jak wprowadzić dzieci w świat soków i koktajli i sprawić, aby ograniczyły spożycie gazowanych napojów i przetworzonej żywności. Można to uzyskać poprzez wprowadzanie śniadaniowych koktajli, przygotowywanie domowych lodów na patyku, smakowych kostek lodu, przemycanie warzyw w owocowych koktajlach itp. Na wielu zdjęciach w książce zobaczymy uśmiechnięte dzieci pijące koktajle. Przygotowanie ich może naprawdę być wspaniałym zajęciem scalającym całą rodzinę i sposobem na spędzenie czasu razem, a z jaką korzyścią dla zdrowia! Ciekawa jestem czy buldożek Andrew widoczny na zdjęciach także korzysta ze wspólnego dobra? Moja mopsica Pumba nie raz dostaje trochę pulpy owocowo-warzywnej po przygotowaniu soku.

Podsumowując, uważam, że Juicemana powinien nabyć każdy, kto chce prowadzić zdrowy tryb życia. Nieważne, czy będzie pił jeden koktajl tygodniowo, czy picie soków stanie się dla niego codziennym rytuałem. Ta książka to kopalnia wspaniałych przepisów na napoje. Każdy znajdzie coś dla siebie. Juiceman właściwie podaje gotowe programy żywieniowe, zgodne z konkretnymi potrzebami – dla sportowców, osób oczyszczających organizm, diabetyków, dzieci, na imprezy (tak, są też przepisy na drinki ze świeżymi owocami i warzywami!). Ale ja uważam, że niekoniecznie trzeba dokładnie odwzorowywać przepisy, dla mnie wiele z nich stanie się po prostu inspiracją, początkiem zmian na lepsze w moim odżywianiu.

 

Autor: Andrew Cooper
Tytuł oryginalny: Juiceman
Wydawca: Buchmann
ISBN: 978-83-280-2863-0
Liczba stron: 224
Wymiary: 200mm x 240mm
Tłumaczenie: Natalia Wiśniewska

 

Kuchnia polska. Niezapomniane smaki – recenzja

środa, Marzec 8th, 2017

Kilka tygodni temu w moje ręce trafiła kolejna książka oferowana przez Grupę Wydawniczą Foksal – Kuchnia polska. Niezapomniane smaki wydana przez Wyd. Buchmann. Książka przyciągnęła mnie do siebie swoją kolorową okładką wykorzystującą polskie motywy ludowe. Generalnie spodziewałam się mega tradycyjnych przepisów naszej kuchni, ale po jej przejrzeniu spotkało mnie wiele niespodzianek. Bardzo miłych niespodzianek. Jak można przeczytać na okładce pozycja prezentuje 100 „kultowych” receptur na najsmaczniejsze polskie dania. Zostały one zaadaptowane do realiów XXI wieku, takich jak dostępna oferta składników, obowiązujące standardy dietetyczne oraz nowe upodobania smakowe i wymagania konsumentów”. Na pewno zaskoczyły mnie dwa przepisy na doradę czy stek z tuńczyka, które to ryby nie wydaja mi się zbytnio związane z polską kuchnią. Ale rozumiem, że coraz większa ich dostępność spowodowała ten wybór autorów. Powiew nowoczesności na pewno przynoszą roladki z łososia czy wegetariański smalczyk z fasoli. Jednak, jak dla mnie na szczęście, większość przepisów nawiązuje do polskiej tradycji. Znajdziemy tutaj wiele przepisów na klasyczne zupy, tradycyjne polskie kluski, różne rodzaje mięs czy ciasta bez których nie może obyć się żadna uroczystość czy święto w polskim domu. Ja na pewno przygotuję na Wielkanoc babkę cytrynową z lukrem i mazurek orzechowy. Bardzo podoba mnie się to, że obok codziennych dań typu żurek czy kotlety mielone znajdziemy w Kuchni polskiej potrawy odświętne takie jak: przepiórki w białym winie, kaczka w pomarańczach czy eklerki z kremem na deser.

 

 

We wstępie dość szczegółowo opisano, jak zmieniała się kuchnia polska na przestrzeni dziejów. Z wieloma informacjami spotkałam już się wcześniej, m.in. z tym, że w średniowieczu kuchnia opierała się na zbożach i warzywach strączkowych, jadano głównie kasze z tłuszczem, ziołami, grzybami, serem, owocami czy warzywami. Wypiekany wówczas chleb był ciemny i gliniasty. Nie hodowano wielu zwierząt na mięso, a dziczyzna była przywilejem władców. Wbrew pozorom nie jadano wiele ryb, głównie solone śledzie. Ciekawostką jest to, że szczupak i lin potrafiły osiągnąć cenę cielęcia – tego akurat nie wiedziałam 🙂 Kuchnię sarmacką, staropolską cechował bardzo wyraźny smak, osiągany głównie dzięki przyprawom korzennym. Jadano wiele ryb i mięs na słodko. Zaciekawił mnie popularny wówczas sos piernikowy. W XVIII wieku zaczęły zaznaczać się w naszej kuchni wpływy francuskie, zamiast przypraw korzennych stosowano więcej rodzimych ziół. Upowszechniły się wieprzowina i ziemniaki. Nie były już tylko domeną biedoty. Z uwagi na zabory pojawiło się wiele potraw zapożyczonych z innych kuchni. Z Austrii przywędrował do nas kotlet schabowy. Te ciekawostki i wiele innych sprawiają, że naprawdę warto przeczytać wprowadzenie.

Książka podzielona jest na działy: przystawki, zupy, dania główne, ciasta i desery oraz napoje alkoholowe. Na samym końcu znajduje się alfabetyczny spis potraw, który naprawdę ułatwia ich wyszukiwanie.

Przetestowałam trzy przepisy z książki. Zrobiłam zupę selerowo-jabłkową z serkiem topionym, przepis raczej nowoczesnej kuchni polskiej. Jak dla mnie świetna! Prosta do przygotowania, niby codzienna, ale nie zawahałabym się podać jej na imprezie rodzinnej czy ze znajomymi. Drugim wyborem były błyskawiczne kluski leniwe. Tutaj nie ukrywam, wybrałam ten przepis z uwagi na słowo „błyskawiczne”. Muszę powiedzieć, że nie są one aż tak błyskawiczne, bo wymagają ugotowania wcześniej ziemniaków, ale wszak mogły też nam pozostać z wczorajszego obiadu. Proporcje w przepisie są znakomite, bo kluski wyszły przepyszne, mięciutkie, cudowne, od razu poczułam się jak dziecko (moja mama często przygotowywała je w tygodniu po pracy). Jednak podana ilość składników starczyłaby właśnie dla małego dziecka. Z potrojonej porcji wyszła wystarczająca ilość dla mnie i mojego męża. W ubiegłym tygodniu były Ostatki i w związku z tym zdecydowałam się także na przepis na racuchy z jabłkami. To był strzał w dziesiątkę. Wyszły puszyste, z wierzchu chrupiące. Mój małżonek pochłonął na raz 10 sztuk i pytał o więcej 😉 No ale przecież ja też musiałam coś z tego mieć 😛 Generalnie zniknęły z tempie ekspresowym i żałowałam, że nie pokusiłam się o podwójną porcję.

Teraz kilka słów o ogólnych wrażeniach na temat książki. Ja wybrałam ją dlatego, że traktuje o tradycyjnej polskiej kuchni, a chciałabym w tym roku realizować jak najwięcej przepisów na blogu właśnie z tego zakresu. Pokazałam Kuchnię polską mojej mamie i teściowej. Moja mama zwróciła uwagę na przepiękne zdjęcia. To prawda, na co drugiej stronie znajdują się fotografie zajmujące całą jej powierzchnię. Zdjęcia mają cudny klimat, każde jest inaczej wystylizowane, każde danie podane jest na innych naczyniach, wykorzystano różne rodzaje oświetlenia. Moim ulubionym jest zdjęcie deseru Piękna Helena. A np. zdjęcie galaretki z nóżek przenosi nas w epokę PRL-u. Autor zdjęć Kamil Zieliński naprawdę się postarał. Zdjęcia są przemyślane i zachęcają do przygotowania potraw. Natomiast moja teściowa po przejrzeniu książki powiedziała: „To jest książka dla mnie! Proste przepisy, z którymi nie miałabym problemu.”A muszę nadmienić, że nie przepada ona za gotowaniem. Zazwyczaj korzysta ze sprawdzonych przepisów, spisanych w zeszycie. A ta książka zachęciła ją do działania w kuchni!

Podsumowując, Kuchnia polska to książka, którą polecam zarówno osobom, które stawiają swoje pierwsze kulinarne kroki, bo będą mogły przygotować podstawowe dania kuchni polskiej, a także osobom już nieco dłużej praktykującym sztukę kulinarną, te na pewno znajdą coś nowego do wypróbowania. Ja już niedługo biorę się za zacierkową babciną czy pyzy z mięsem.

 

Autor: Praca zbiorowa
Tytuł oryginalny: Kuchnia polska
Wydawca: Buchmann
ISBN: 978-83-280-4246-9
Liczba stron: 224
Wymiary: 210mm x 270mm
Okładka: twarda

Przekąski z gąski w Zaraz Wracam

sobota, Listopad 16th, 2013

Kochani!

Ostatnio zostałam zaproszona przez współwłaściciela bistro Zaraz Wracam w Łodzi przy Piotrkowskiej 101 na degustację nowego jesienno-zimowego menu przekąskowego z gęsiną w roli głównej.

 

Przekąski z gąski!

 

Nie wahałam się ani chwili. Uwielbiam ten lokal. Wiele osób mówi, że podają tam najlepsze tarty w Łodzi. I nie trudno się z tym nie zgodzić. A na sukces ich tart składa się kilka rzeczy: prawdziwe przygotowane z pieczołowitością kruche ciasto, niebanalne farsze oraz dodatek do każdej tarty sałaty z przepysznym dressingiem miodowo-musztardowym z ziarnami słonecznika. Mniam! Jadłam ich już tam wiele: m.in. ze szpinakiem, kozim serem i grillowaną papryką czy z bakłażanem i tapenadą). Na uwagę zasługują również będące w stałym menu sałatki. Ja zakochałam się w tej z ciecierzycą, kozim serem, konfiturą z czerwonej cebuli i suszonymi pomidorami. Nawet próbowałam ją odtworzyć w domu, co pokazywałam już na blogu. W ofercie bistro jest też wiele ciast i deserów. Moim ulubionym jest ciasto guinessowe z kremem, które również przygotowywałam u siebie. Podoba mi się to, że szef kuchni przygotowuje dania z sezonowych, świeżych produktów. Zatem menu jest różnorodne i podlega ciągłym zmianom. Jest wypisane na tablicy, co naprawdę dodaje uroku temu miejscu. Czuję się tutaj jak w domu, jest ciepła i miła atmosfera, którą budują wszyscy pracownicy bistro. We wrześniu przyprowadziłam tutaj moją koleżankę blogerkę z Warszawy Qualiettę ze Skarbnicy Smaków. Był zimny, pochmurny i deszczowy dzień. Zamówiłyśmy tartę i herbatkę i od razu zrobiło nam się dużo lepiej! Jak do tej pory nie próbowałam tam tylko jeszcze zupy i zamierzam to uczynić już niedługo, podczas Mikołajkowego Spotkania Łódzkich Mopsiarzy. Bo co ważne, do Zaraz Wracam można przyjść z psem. Stowarzyszenie „M jak Mops”, którego jestem członkiem od kilku lat organizuje tam spotkania łódzkich mopsiarzy czy swoje zebrania. Raz szef kuchni przygotował podobno specjalnie dla mopsików psie ciasteczka. Niestety wówczas nie znałam jeszcze łódzkich mopsiarzy. Moja Pumba bardzo lubi tam chodzić. Może się spotkać z innymi mopsikami, zazwyczaj już pod koniec spotkania jest tak zmęczona, ze zasypia u Pańcia na kolanach 😉

W czwartek o 19.00 rozpoczęła się kolacja degustacyjna nowego menu przekąskowego z gąską w roli głównej. Zaproszeni zostali łódzcy blogerzy i dziennikarze. Było mi bardzo miło, że mogła znaleźć się w tym zacnym gronie. Czekał już na nas przygotowany długi stół z deskami serów (koryciński, kozi i ziołowy) oraz smalcem z gęsi. Oczywiście do wszystkiego podano kilka rodzajów wina. Zatem przy gwarze rozmów i powitań zaczęliśmy degustację. Smalec bardzo mi smakował. Zapomniałam zapytać szefa kuchni, ale wydaje mi się, że był z jabłuszkiem. Znakomite połączenie! Jest na pewno mniej tłusty i ciężki niż standardowy smalec wieprzowy. Podany był z ogórkami kiszonymi, natomiast sery z winogronami, orzechami i oliwkami. Pychotka!

 

 

Następnie zaserwowano nam carpaccio z gęsiej piersi z sosem chrzanowo-żurawinowym oraz roszponką. Nie przepadam za carpaccio w ogóle, ale tutaj gęsina rozpływała się w ustach i dobrze komponowała się z zaproponowanym sosem.

Niemniej jednak dla mnie prawdziwym hitem była tarta z musem z gęsich wątróbek podana z sosem chrzanowym. To danie to rewelacja. Uwielbiam wytrawne tarty, a ta to mistrzostwo świata! Jej kawałek ma być w cenie 8 złotych, czyli niższej niż pozostałe tarty. Rozmiar jest nieco mniejszy, ale zapewniam Was, że nasycicie się tym kawałkiem.

 

 

Sznytki, czyli kanapeczki to również wspaniała propozycja. Porcja będzie składała się z 4 kanapeczek w różnej wybieranej przez klienta konfiguracji: do wyboru będą sznytki z powidłami śliwkowymi i serem, pasztetem z gęsi, pastą z pieczarkami oraz wędliną z gęsiny przygotowaną przez ekipę Zaraz Wracam. Co tu dużo mówić, każda z nich jest dobrze przemyślana i bardzo smaczna.

 

 

Deser poprzedzony został klasyczną pieczoną gruszką z gorgonzolą i rukolą. Gorgonzola nie należy do moich ulubionych serów, ale w zestawieniu z słodką i soczystą gruszką jest rewelacyjna!

 

 

Finałowym daniem było semifreddo. Byłam tak zachwycona jego smakiem, że nawet nie słyszałam już co mówił o jej składzie szef kuchni Michał Andrzejewski. A opowiedział nam o każdym daniu. Dowiedzieliśmy się też, ze niedługo w menu znajdzie się także polędwica wieprzowa w sosie śliwkowym na kaszotto, która została doceniona w konkursie na południu Polski m.in. przez Magdę Gessler. Czekam z niecierpliwością!

 

 

Kolacja zakończyła się po około 2,5 godzinie. Wszyscy wyszliśmy z niej zadowoleni i objedzeni do granic możliwości. Szkoda mi było coś zostawić, więc zjadłam prawie wszystko do ostatniej okruszynki.

Wszystkie przekąski z gąski znajdą się w menu bistro Zaraz Wracam już od poniedziałku. Ich cena będzie oscylować miedzy 5 a 12 złotych. Jak dla mnie jest to bardzo niska cena za te wszystkie przysmaki. Zapraszam więc na przekąskę z gąski z lampką wina w Zaraz wracam tej jesieni i zimy!

Ma koniec chciałam dodać, że na degustację przyszłam razem z Zuzią z bloga MaKaGiGi, której dziękuję za miło spędzony czas!

 

Reminescencje z 10.Festiwalu Dobrego Smaku w Łodzi

niedziela, Czerwiec 9th, 2013

Większość imprez kulinarnych w Łodzi jakoś mi umyka, albo nie mam czasu, albo jestem niedoinformowana, albo nie mam z kim się przejść. Tym razem mój mąż wyraził chęć, aby mi towarzyszyć w smakowaniu dań w łódzkich restauracjach. Ale zacznijmy od początku. Co to jest Festiwal Dobrego Smaku? Z czym to się je? Jest to festiwal odbywający się w Łodzi już od 10 lat, gdzie do konkursu o najlepszą potrawę startują liczne restauracje i do konkursu o najlepszy deser kawiarnie i cukiernie. Dania konkursowe kosztują 10 złotych, a desery 7 złotych. Zatem za niewielką cenę można spróbować coś nowego. Wiele dobrego, bo jednym daniem na pewno się nie najemy, z uwagi na cenę porcje nie są zbyt duże, ale to ma nas właśnie też zachęcać do spróbowania większej liczby propozycji.

Na pewno żałuję, że nie zaczęłam degustacji już w pierwszym dniu trwania imprezy, czyli w czwartek. W dni powszednie na pewno w restauracjach konkursowych był mniejszy ścisk i lepsza atmosfera – bo niestety dzisiaj (niedziela) było już widać po obsłudze zmęczenie i rozdrażnienie. Chciałam spróbować przepiórki w płatkach róży w Titi, czy polędwiczki wieprzowej na zapiekance ziemniaczanej w Amarancie, ale niestety w tej pierwszej była długa kolejka przy wejściu, a w drugiej dowiedziałam się, że na danie konkursowe trzeba czekać około godziny. Wcale się nie dziwię, bo zainteresowanie festiwalem było ogromne. Mam nauczkę na przyszły rok, żeby zacząć smakowanie już pierwszego dnia.

Nie znaczy to jednak, że obeszłam się ze smakiem. W sobotę odwiedziliśmy z mężem Street Art Deluxe na rynku Manufaktury. Zjadłam proponowany przez restaurację filet z pstrąga w zielonej panierce z młodymi ziemniakami i zielonymi warzywami. Sposób podania odbiegał nieco od zdjęcia zamieszczonego przez lokal, ale nie zmienia to faktu, że danie było przepyszne. Uwielbiam ryby i nigdy nie jadłam tak dobrego pstrąga – soczystego, nie wysuszonego, bez chociażby jednej ości. Sos miał słodko-kwaśny smak. Warzywa były al dente tak jak lubię – znalazłam wśród nich kawałek karczocha, szparagi i marynowaną cebulkę. Młode, pieczone ziemniaczki też niczego sobie! Później żałowałam, że nie poprosiłam drugie porcji. Mój mąż zamówił sobie poliki wołowe w sosie porto z ziemniaczanym puree chrzanowym i warzywami. I to danie było równie dobre – wołowina rozpływała się w ustach. Obydwoje wiemy, że na pewno wrócimy tutaj po więcej 🙂

StreetArtDeluxe

Dzisiaj odwiedziliśmy Deseo Tapas Bar (Piotrkowska 60) – lokal umiejscowiony w podwórku, więc nie był aż tak dzisiaj oblegany. Znalazł się na mojej liście restauracji konkursowych do odwiedzenia z uwagi na danie rybne – Karmelowy przypływ – pieczony łosoś z ziemniaczanym puree i sałatką z buraka. Podanie było całkiem niezłe, chociaż też odbiegało od zdjęcia nadesłanego przez restaurację. Niemniej jednak bardzo mi smakowało – łosoś upieczony z karmelem, puree z chrzanem, łódeczki cykorii z sałatką buraczkową bardzo dobrze się ze sobą komponowały, szczególnie w towarzystwie octu balsamicznego i bazylii. Mój małżonek znów się wyłamał i wziął danie z karty: tortilla de salchicha, czyli omlet z chorizo – jak zwykle jego wybór okazał się strzałem w dziesiątkę – puszysty omlet i plastry oryginalnego chorizo z dwoma sosami tworzyły zgrany duet. Przestudiowałam sobie menu i już wiem, że wrócę tu na paellę czy różnego rodzaju tapas: patatas bravas, berenjena con almendras (bakłażan w migdałach) czy tradycyjną tortilla de patatas. Lokal jest dość mały, dlatego przy większej liczbie osób zrobiło się w nim jak w ulu, ale można by rzec, że takie jest też jego założenie, aby oddać klimat prawdziwego gwarnego hiszpańskiego tapas baru. Obsługa miała na sobie koszulki z numerem sms, na jaki można zagłosować na ich danie konkursowe – super pomysł!

DeoTapas

Ostatnim przystankiem była Breadnia (Piotrkowska 86). Tam serwowano Polowanie na Czerwony Październik – czyli zupę gulaszową z wołowiną, ziemniakami, kładzionymi kluskami, papryką i innymi warzywami. Na pewno się nią najadłam do syta, podano ją z pyszną świeżutką bułeczką. Ale czy mnie zachwyciła? Nie. Była nieco za ostra i nie pasowała do upalnej pogody. Swoiste połączenie lecza i boeuf bourguignon, nieco za ostre jak na mój gust. Jednak i tutaj zainteresowały mnie inne dania, więc wrócę tu na pewno, aby przyjrzeć się ich codziennej kuchni. Niewątpliwym atutem wydaje się być miła i bardzo reaktywna obsługa.

Breadnia

Pozostałe dania konkursowe możecie zobaczyć w tym artykule.  Imprezie towarzyszyły liczne wydarzenia na rynku Manufaktury oraz seanse filmowe z jedzeniem w tle w Wytwórni. Za rok na pewno wezmę jeszcze aktywniejszy udział w festiwalu – szkoda, że jest on tylko raz w roku, bo na pewno ożywiłby i Piotrkowską i podbudował budżet niejednego lokalu gastronomicznego w Łodzi. A kto wygrał w tym roku? Sprawdźcie na stronie wydarzenia.